|
W tym roku wybrałem się na BikeOrient do Ręczna jako ubiegłoroczny zwycięzca celem obrony tytułu. Pojechałem pociągiem do Piotrkowa Trybunalskiego, a dalej rowerem bocznymi drogami sprawdzając stan dróg w lesie. Bliżej Piotrkowa lasy liściaste z dobrymi przecinkami, a bliżej Ręczna lasy iglaste rosnące na piachu. Gnieniegdzie były dobrej jakości szutrówki. Kałuż było mało i zapowiadała się przyjemna, niezbyt brudząca jazda.
Zapowiedzi zdecydowanie popsuł deszcz padający wieczorem i rano na starcie. Prognoza pogody nie wiała optymizmem. Trzeba było przygotować się na trudniejsze warunki. Z drobnym opóźnieniem zawody zaczęły się od rozdania map na 10 minut przed właściwym startem. Pierwszy etap to 10 punktów do zaliczenia w dowolnej kolejności. Organizatorzy wspominają, że najrótszy wariant wymaga przechodzenia przez brody na Pilicy, które sięgają do pasa (organizatorzy są wysocy). Wykreślam wariant. Stojący nieopodal Bartek Bober chwali się, że wybrał wariant bez przechodzenia przez brody. Uznaję to za dobry pomysł, przecież mokry pampers mocno obciera różne wrażliwe części ciała :) Zmieniam wariant na bezbrodowy.
Start ostry. Ponad 130 osób rusza na trasę. Na początek jadę na PK4. Dojeżdżając do punktu przypominam sobie, że ustalając kolejność punktów zapomniałem o PK1! Ale wtopa! No ale skoro już jestem koło PK4, to go wezmę, a potem pojadę na PK1. Na PK4 chcę się namierzyć na podstawie poprzecznych dróg, ale akurat tam była zrywka i leśnicy tak rozjeździli las, że dróg, którymi jeździł ciężki sprzęt leśników było kilka razy więcej niż na mapie, a wszystkie pełne głębokiego błota. Kręcę się przez chwilę bez sensu, aż w końcu decyduję się przeczesać meandrujące brzegi strumienia i niedługo później znajduję lampion.
Wyjeżdżając z PK4 widzę liczne grupki jadące na ten punkt. To już ich drugi PK. Jadę na PK1 i w myślach obliczam straty, parę kilometrów do nadłożenia: 10-15 minut w plecy, czesanie lasu na PK4: kolejne 15 minut. Z drugiej strony inni po godzinie mają już drugi punkt, a ja dopiero wyjechałem z pierwszego. Jakby nie patrzeć jestem pół godziny do tyłu. O zwycięstwie w zasadzie mogę zapomnieć. Zawody są długie, więc może uda się zdobyć choć trzecie miejsce.
Tak kombinując dojeżdżam prostą drogą do PK1. Powrót na północ i jadę na PK5. Po krótkich poszukiwaniach znajduję go. Teraz czas na kładkę nad Pilicą i PK10. Dojeżdżam do kładki, wchodzę na nią z rowerem, trzy kroki i fajt! Deski na kładce są baaaardzo śliskie. Dobrze, że ani ja ani rower nie wpadł do Pilicy. Tylko z palca krew leci. Z trudem udaje mi się podnieść z mokrych desek. Dalej przechodzę bardzo ostrożnie. Na drugim brzegu Pilicy las jest bardzo piaszczysty. Odrobinę się gubię, skręcam w niewłaściwą drogę, chcę skorygować błąd i na PK10 wjechać od zachodu, ale poprzeczna droga jest tylko na mapie. Odnajduję się przy pomocy kompasu i na punkt docieram na przełaj przez las.
Na PK3 na Diablej Górze docieram bez problemu, tylko przednią przerzutkę trzeba oczyścić z błota, by zrzucała na młynek. Z góry zjeżdżam dobrze wyjeżdżonymi drogami, a nie przecinką, którą wszedłem. PK8 odnajduję bez trudu. Drogami polnymi, których nie ma na mapie szybko zjeżdżam na asfalt i z wiatrem śmigam na PK6. Mijam parę osób jadących w przeciwnym kierunku. Nikogo ze znanej konkurencji. Jeśli konkurenci wybrali wariant w przeciwnym kierunku, to musieli jechać sporo wcześniej.
Na PK6 bufet i przeprawa przez Pilicę: w bród albo krypą. Wpadam na punkt i widzę krypę - płaskodenną łódź o napędzie kijowym czyli gościu stoi na łodzi i odpycha się kijem od dna :). Mam szczęście, że stoi pusta po tej stronie rzeki. Szybko podbijam punkt, łapię banany i wskakuję na krypę. Na PK2 decyduję się na objazd asfaltem. Znajduję łatwo. Jadąc na PK7 mylę przecinki, szybko się poprawiam i łatwo trafiam. W kierunku PK9 nie przechodzę przez bagno, tylko objeżdżam i też łatwo znajduję punkt. Jadąc na metę mijam Daniela Śmieję, który już jest na drugim etapie.
Pierwszy etap: 81,6 km. Dużo, chłopaki, którzy przyjechali tuż przede mną lub za mną mają około 10 km mniej. Biorę mapę drugiego etapu i się dowiaduję: Daniel był 15 minut temu, Bartek Bober jeszcze wcześniej, przed chwilą przyjechali Grzesiek Liszka z nieznanym mi kolegą. Jestem piąty. Jak na taką wtopę to nieźle. Chwilę po mnie przyjeżdżają kolejne osoby, w tym Władek Wachulec z jakimś kolegą w swych zielonych koszulkach B&K Herbapol rowerowanie.pl.
Mając w pamięci wtopę z pierwszego etapu uważniej i spokojniej opracowuję kolejność zaliczania punktów etapu drugiego. Ruszam jako trzeci, gdyż Grzesiek z kolegą guzdrali się na przepaku. Wpierw na PK16 w kamieniołomie, po drodze mijam Daniela. Wjeżdżam w kamieniołom za daleko, trochę błądzę, w końcu odnajduję lampion. Na mecie okazało się, że Daniel zauważył lampion w rękach chłopca idącego z ojcem! Zabrał mu lampion i powiesił w miejscu, które uważał za stosowne :) Szkoda, że nie wisiał tam, gdzie najpierw wjechałem. Tam opuszczony kamieniołom porośnięty drzewami wyglądał bardziej imponująco. Wyjeżdżając niechcący pokazuję, gdzie jest punkt nadjeżdżającym chłopakom z rowerowania.pl. W ten sposób zmniejszają stratę do mnie. Po drodze obliczam stratę do Daniela: 15 minut. Sporo. Na łatwym do znalezienia PK14 są coraz bliżej. Wyjeżdżając z punktu zaliczam glebę prosto w jeżyny. Na asfalcie chłopaki z rowerowania.pl są już 50 m za mną. Skręcam na PK12, a oni nie! Czyżby nie zauważyli, że przy PK12 nie ma brodu i przyjdzie im nadłożyć jakieś 8 km?
Na PK12 spotykam trzech innych chłopaków. Jeden się pyta "Co trzeba robić, żeby wygrywać?". Odpowiadam "Nie popełniać takich błędów, jak ja na pierwszym etapie". W czwórkę jedziemy do Przedbórza. Dwóch jedzie na PK18, a jeden, który chciał jechać ze mną chyba o tym zapomina, bo na rondzie w Przedbórzu pojechał za nimi :) Chwilę wcześniej, po stu kilku kilometrach jazdy czuję, że siły opadają. Dopadł mnie kryzys. Na PK11 na górę wjeżdżam z trudem. Zjeżdżając widzę kolegę, który miał jechać ze mną :) Szuka wjazdu na górę. Ja zjeżdżam do PK17 przy kładce nad Pilicą. Tam z bufetu biorę banana i batona. Wyjeżdżam na drogę na skróty przez czyjeś gospodarstwo, które ma płot od drogi, ale od tyłu już nie :)
Na górę z PK13 też wjeżdżam z trudem. Kryzys trzyma. Kilka minut szukam punktu w lesie, podziwiając niezwykle wielkie i rozłożyste buki. W drodze na PK15 znów przejeżdżam przez gospodarstwo z płotem z jednej strony :) Mijam Grześka Liszkę, który mówi, że Daniel jest przede mną. Przy punkcie mijam się z Bartkiem, który wtopił ten punkt. Niespodziewanie okazuje się, że konkurencja jest niedaleko. Przed PK18 mijam się z Danielem,a na punkcie widzę odjeżdżającego Bartka. Nieco strat odrobiłem i sił trochę też wróciło, ale za to koło PK15 skończyło mi się picie, którego nie ma gdzie uzupełnić.
Do brodu koło PK19 jadę najkrótszą drogą przez zapiaszczony las. Dojeżdżam do brodu i widzę Bartka, który już pokonał 1/3 przeprawy. Wskakuję z rowerem do wody i gonię Bartka z buta w wodzie o głębokości do jajec. Na drugi brzeg wchodzę kilkanaście sekund po nim i punktu szukamy już razem. Bartek mówi, że Daniel nie wziął PK12, co oznacza, że prawdopodobnie walczymy o zwycięstwo. Wyraźnie widzę, że mam więcej sił od Bartka, więc mu uciekam wybierając pewny wariant asfaltowy, choć nadkładający kilometr. Na miecie jestem pierwszy, o 3 minuty przed Bartkiem. Na liczniku 153,1 km.
Piotrek
|